Od jakichś 4 - 5 lat czasu biorę mniej lub bardziej aktywny udział w różnych forach z rękodziełem oraz od około roku egzystuję w jakże popularnej dziś blogosferze. Język forów internetowych zawsze mnie interesował ze względu na swoje zróżnicowanie i produktywność, bowiem na forach internetowych piszą ludzie z różnych stron kraju, z różnych państw i kultur i o różnym poziomie wykształcenia. Pomysłowość leksykalna forumowiczów i blogerów nie ma granic i przyznam, że do dnia dzisiejszego zaskakują mnie różne kreacje leksykalne, które napotykam na swojej drodze (czyt: wątkach) niektóre zaskakują mnie swoją strukturą morfologiczną, inne znaczeniem, jeszcze inne swoją groteskową formą albo dosłownym przekalkowaniem z języka obcego. Te nazywam perełkami językowymi ;) a sama jestem samozwańczym poławiaczem tych językowych perełek :P Ale nie ma tak dobrze. Jeszcze inna cześć drażni me oko swoją pisownią albo moje ucho wymową albo znaczeniem. Poprostu, tak jak to w życiu bywa, jedne słowa się lubi bardziej a inne mniej :)
Przykład? Forum Wizaż.pl. Napotkałam tam dwa powszechnie już akceptowane dziwolągi: przydasie i wędraś. Myślę sobie - WTF? Co to za słowa? :P Wiadomo, etymologicznie słowo przydasie w znaczeniu : "przydatne rzeczy" jest znominalizowaną i spluralizowaną formą i pochodzi od wyrażenia "przyda się" i używane jest głównie w kontekście nabywania produktów /sprzętu hobbystycznego. Ale po co ono nam? Czyżbyśmy zapomnieli o istniejącym już słowie rodzimym przybory, ewentualnie niezbędniki ? Muszę przyznać, że dużo czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do słowa: przydasie, jak i do słowa wędraś będącego skrótową formą wyrażenia album wędrowny, gdyż oba wydają mi się niepotrzebnie zmiękczone i infantylne na zasadzie zamierzonego spieszczenia (eg. Jan-Jaś) i analogii leksykalnej - bo skoro przydaś to może być i wędraś. Które z tych dwóch powstało pierwsze i kto jest ich autorem, nie wiem. Jedno jest pewne słowa te już utrwaliły się na długo w społeczności wizażowej :)
Kartkolotek - kolejny forumowy neologizm, będący połączeniem słowa "kartka" i "toto lotek". Sprytnie, nie? Kartkolotek to rodzaj zabawy w ktorej wykonuje się jakaś ręcznie robioną kartkę po wylosowaniu określonej liczby numerów, którym przyporządkowane są jakieś konkretne wymogi.
A co powiecie na polskie słowo calineczki? Czyli angielskie inchies? To takie małe kwadraciki o wielkości jednego cala, które działają na tej samej zasadzie co ATC. W ogóle muszę powiedzieć, że podoba mi się sposób przetłumaczenia tego słowa inches przy pomocy wykorzystania już istniejącego słowa "calineczka" a raczej "Calineczka" z zachowaniem znaczenia: cal-ineczki = inch-ies. Zgrabnie i oryginalnie. Podoba mi się! :)
Wraz z narastającą liczbą blogów do polskiego słownictwa (i jak narazie głownie internetowo-blogowego) weszło słowo candy jako odpowiednik znaczeniowy "rozdawnictwo", oznaczające zabawę w rozdawanie "słodkości" czyli artykułów chętnie pożądanych przez bloggerów. Candy oczywiście pochodzi od angielskiego wyrażenia "candy giveaway" i w 90% jest skracane do samego candy.
Ostatnio o oczy obijają mi się też takie ekstrawaganckie formy ortograficzne jak: tesh (też), boshe (Boże), jush (już) wykorzystujące ortografię angielską oraz fonologiczne ubezdźwięcznienie na końcu wyrazu [ż]--> [sz] oraz słowa typu: zazdraszczam zamiast "zazdroszczę", podobuje mi się zamiast "podoba mi się". Czyżby celowa korpucja rodzimego głowa czyniła go w naszych oczach atrakcyjnym i lepiej brzmiącym? A może chcemy brzmieć oryginalnie?
Natomiast totalnie nie mogę znieść widoku słów angielskich spolszczonych do granic możliwości. Chyba najbardziej kłuje mnie w oczy słowo hand-made pisane: hendmejd(owy) brrr....Kolejne? Szołbiznes zamiast show business, szit zamiast shit, debeściak zamiast the best, Dżordż zamiast George.... A fuj! Fuj! :P Jako filolog anglista akceptuję tylko i wyłącznie oryginalną pisownie zapożyczeń i wtrąceń z języka obcego, polskie wersje ortograficzne słów angielskich wyglądają dla mnie poprostu karykaturalnie.Więc im mówię NIE!!!
I na koniec krótka myśl na temat słowa craft, które zakradło się również na polskie fora i blogi. Craft czyli rzemiosło, rękodzieło jest słowem krótszym, prostszym i wygodniejszym w użyciu jako rzeczownik i czasownik (stąd formacje hybrydalne typu: craftować, craftingować, craftowy) niż nasze rodzime słowo: "rękodzieło", "rękodzielniczy", "tworzyć ręcznie" (???) Nie dziwne zatem, że często też sama go sobie zapożyczam. No bo potrzebę taką mam... ;)
bardzo podoba mi się ten post, wiekszość słow, które tutaj opisałaś również i mi się nie podobają..kiedyś nie mogłam przeżyć jak ktoś pisał przydasie czy wędraś..w chwili obecnej tak to weszło w życie, że staje sie normalne.. ale nie toleruję bosh, tesh.. i jedyne które mi si podoba to debeściak :D reszta "angielskich" nie ;)
ReplyDeletebuziaki ;*
Z "szołbiznesem" spotkałam się już wiele lat temu i sama czasem używam, zwłaszcza w celach lekko satyryzujących:) Mojego psa często nazywam moim bejbikiem (no dobra, durne to strasznie, ale jakoś nie mogę przestać, hehehe). Natomiast to czego nie trawię i co doprowadza mnie do szewskiej pasji, to właśnie te dziwolągi ortograficzne typu: boshe, tesh, jush itd. No cóż to za wynalazek jest w ogóle???? Nie pojmuję.
ReplyDeleteA swoją drogą, świetny post, podpisuję się pod nim całkowicie jako filolog połowiczny:)
A mnie i tak najbardziej denerwować będą chyba celebryci i eventy (iwenty???). Ech... Lubię bardzo swój rodzimy język i swój przybrany drugi też - ale osobno.
ReplyDeleteDuś, dzięki
ReplyDeletedeZeal, również dzięki
Just-in, o tak! celebryci!!! zapomniałam o tym zapożyczeniu, ostatnio takie modne na polskich portalach plotkarskich, nie mam nic przeciwko oryginałowi: celebrity, ale nie polskiemu spolszczeniu:celebryt, celebrytka, okropnie brzmią! fuj! fuj! ;)
o "eventach" nie słyszałam, ale za to koleżanka kiedyś podobno usłyszała w radiu słowo "ekstraordynarne" - OMG! bez komentarza!
ja myślę, że śmiało pod ten temat można przypiąć słowo: bookować, którego popularność rośnie wraz z popularnością podróży samolotami:))
ReplyDelete